Nie zapraszałam ich, nie zachęcałam, a jednak któregoś dnia pojawili się w Siedlisku i zamieszkali w domku gościnnym. Siedlisko ma swój urok, wiele zalet i prawie każdy chciałby tu mieszkać ALE ONI/ONE ??? W żadnym razie !
Musiałam pogodzić się z tym, że lubią tu być żmije, różne gady i płazy, komary, pszczoły, a nawet osy ale SZERSZENIE (i to w dużej ilości)? Nigdy !
Krótki telefon do odpowiednich ludzi (co za szczęście, że teraz dostępne sa usługi wszelkiego rodzaju!) i pojawiła się ekipa nieustraszonych pogromców szerszeni.
Wyglądali, jakby wracali z wyprawy na Księżyc ))
W tym momencie zostałam poproszona o wycofanie się do domu, a panowie przystąpili do akcji. Pół godziny wystarczyło, by spryskać duże gniazdo, sprytnie ukryte pod warstwą półwałków ( gniazdo nietypowe – w formie wielkiego placka). Dzis rano pod domkiem znalazłam ponad czterdzieści osobników martwych albo w różnych stadiach agonii i to chyba nie koniec ( sama zabiłam któregoś dnia 10 osobników). Byłam przekonana, że zginą one w gnieździe i trochę się niepokoję o moje zwierzaczki – przeciez chodzą swobodnie po ogrodzie, a z dziwnym upodobaniem właśnie wokół domku.
Mam nadzieję, że to koniec przygody z tymi niebezpiecznymi owadami.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz