Dla mnie ten przyjemny dla oka kierunek w malarstwie to właśnie kwiaty : irysy, nasturcje, pnącza.
Przepiękne, roślinne freski Wyspiańskiego w kościele franciszkanów w Krakowie zapierają dech w piersiach, a w majowym ogrodzie - właśnie irysy. Nie mają sobie równych w subtelnym, eleganckim kształcie płatków, w ich cudownej kolorystyce, zwiewnej "materii" płatków - urok i piękno w jednym.
Jeszcze niedawno miałam niezłą kolekcje tych cudownych kwiatów. Niestety, zostały mi tylko najodporniejsze, najpospolitsze. Już nie walczę, nie sprowadzam nowości - poddałam się. Niech tu rasnie tylko to, co się dobrze czuje i wytrzymuje nędzna glebę, napór chorób i szkodników. Ale przeciez i te najzwyklejsze kwiaty są urocze i cieszą oko.
środa, 28 maja 2014
środa, 21 maja 2014
Tamaryszek budzi wspomnienia
Kwitnący tamaryszek poruszył we mnie dawno nie trącane struny i zebrało mi się na wspomnienia.
Miałam wielkie szczęście mieszkać w dużym mieście ale w enklawie zieleni i spokoju. Uwielbiałam swój dom rodzinny, w którym przyszłam na świat. Darowany mi był ohydny i bezduszny szpitalny pobyt. Moja mama usiłowała wydać mnie na świat, w czym pomagała jej akuszerka, a w pokoju obok tatuś z wujkiem lekarzem pili zdrowie położnicy i co jakiś czas wołali : no jak tam, już jest????). Jeszcze bardziej uwielbiałam ogród, który był moim prawdziwym rajem. Był dość duży, jak na warunki miejskie - ponad 1000 m.kw. Znakomitą większość stanowił brzozowy las ( drzewa miały ok. 100 lat), a przy domu było duża grządka z warzywami i kilka drobniejszych z kwiatami. Kochałam je, ale zajmowała się nimi mama. Ja z doskoku troszkę pieliłam ale w gruncie rzeczy buszowałam w truskawkach, poziomkach i pomidorach, które rosły sobie pod gołym niebem, na prawdziwym słońcu, nie miały zamiaru na nic chorować i były po prostu przepyszne. Troszkę wiedzy ogrodniczej musiało mi się gdzieś przesączyć, bo w kilka lat później...
Zdałam na naszą politechnikę i byłam z tego niesłychanie dumna, bo w zasadzie zdecydowałam się w ostatniej chwili przenieść na nią papiery z uniwersytetu. Dzielnie walczyłam o utrzymanie się na pierwszym roku ( strasznie dużo musiałam nadrobić z fizyki, która w moim liceum leżała plackiem poniżej poziomu podłogi) i pomógł mi w tym....tamaryszek. Tak, tak, wiem, że to idiotyczne. Ale rzecz wyglądała tak : nasza politechnika skupiona była w jednym miejscu - w przeciwieństwie do uniwerku, który rozrzucony był po całym mieście. Między poszczególnymi pawilonami było sporo zieleni, nawet basen był na naszym terenie. I na jednym z obszernych trawników rósł sobie zachwycający krzew. Rozpościerał na wszystkie strony przewieszające się gałęzie, pokryte delikatnymi, różowymi kwiatuszkami. Ten widok zaparł mi dech w piersiach. Nie widziałam nigdy wcześniej tak pięknego zjawiska, ale gdzieś z głębi szarych komórek od razu wypłynęła nazwa : tamaryszek. Pewnie musiałam widzieć w jakimś czasopiśmie albo w TV ( tak, w tych zamierzchłych czasach juz całkiem odważnie raczkowała). I ten widok spowodował dodatkową motywację : muszę, po prostu muszę, oglądać go co rok, a więc do roboty, droga Aniu i proszę mi tu zdawać kolejne kolokwia i egzaminy i da capo al fine. I tak się stało.
Czyż muszę dodawać, że tamaryszek zawsze rósł w moich kolejnych ogrodach ???
Miałam wielkie szczęście mieszkać w dużym mieście ale w enklawie zieleni i spokoju. Uwielbiałam swój dom rodzinny, w którym przyszłam na świat. Darowany mi był ohydny i bezduszny szpitalny pobyt. Moja mama usiłowała wydać mnie na świat, w czym pomagała jej akuszerka, a w pokoju obok tatuś z wujkiem lekarzem pili zdrowie położnicy i co jakiś czas wołali : no jak tam, już jest????). Jeszcze bardziej uwielbiałam ogród, który był moim prawdziwym rajem. Był dość duży, jak na warunki miejskie - ponad 1000 m.kw. Znakomitą większość stanowił brzozowy las ( drzewa miały ok. 100 lat), a przy domu było duża grządka z warzywami i kilka drobniejszych z kwiatami. Kochałam je, ale zajmowała się nimi mama. Ja z doskoku troszkę pieliłam ale w gruncie rzeczy buszowałam w truskawkach, poziomkach i pomidorach, które rosły sobie pod gołym niebem, na prawdziwym słońcu, nie miały zamiaru na nic chorować i były po prostu przepyszne. Troszkę wiedzy ogrodniczej musiało mi się gdzieś przesączyć, bo w kilka lat później...
Zdałam na naszą politechnikę i byłam z tego niesłychanie dumna, bo w zasadzie zdecydowałam się w ostatniej chwili przenieść na nią papiery z uniwersytetu. Dzielnie walczyłam o utrzymanie się na pierwszym roku ( strasznie dużo musiałam nadrobić z fizyki, która w moim liceum leżała plackiem poniżej poziomu podłogi) i pomógł mi w tym....tamaryszek. Tak, tak, wiem, że to idiotyczne. Ale rzecz wyglądała tak : nasza politechnika skupiona była w jednym miejscu - w przeciwieństwie do uniwerku, który rozrzucony był po całym mieście. Między poszczególnymi pawilonami było sporo zieleni, nawet basen był na naszym terenie. I na jednym z obszernych trawników rósł sobie zachwycający krzew. Rozpościerał na wszystkie strony przewieszające się gałęzie, pokryte delikatnymi, różowymi kwiatuszkami. Ten widok zaparł mi dech w piersiach. Nie widziałam nigdy wcześniej tak pięknego zjawiska, ale gdzieś z głębi szarych komórek od razu wypłynęła nazwa : tamaryszek. Pewnie musiałam widzieć w jakimś czasopiśmie albo w TV ( tak, w tych zamierzchłych czasach juz całkiem odważnie raczkowała). I ten widok spowodował dodatkową motywację : muszę, po prostu muszę, oglądać go co rok, a więc do roboty, droga Aniu i proszę mi tu zdawać kolejne kolokwia i egzaminy i da capo al fine. I tak się stało.
Czyż muszę dodawać, że tamaryszek zawsze rósł w moich kolejnych ogrodach ???
piątek, 16 maja 2014
Ostatni tulipan
Nadszedł, niestety, moment, w którym trzeba sobie powiedzieć : żegnamy tulipany. Niedługo skończy kwitnienie ostatni tulipan. Jest przepiękny - miał być zielono-żółty ale jego barwa jest dużo bogatsza.
Jesienią kupię więcej tych cebulek - dokupię też zielono-białe. Tak je lubię, że nawet jeśli będą tylko jednoroczne, to muszę je mieć.
Jesienią kupię więcej tych cebulek - dokupię też zielono-białe. Tak je lubię, że nawet jeśli będą tylko jednoroczne, to muszę je mieć.
środa, 14 maja 2014
Zapowiedź szczęścia ?
Ewa2 czyli Ewa z Kotem zainspirowała mnie do poszukiwania pięciopłatkowych kwiatków bzu. Bzu-ci u mnie dostatek, zaczęłam od ciemnego i znalazłam....
Ciekawe, czy trzypłatkowy kwiatek tez przynosi szczęście ? Na wszelki wypadek uznaję, że TAK ! No, to mając takie dary od losu, mogę zasiąść spokojnie, kręcić młynka palcami i czekać, aż spłyną na mnie wszelkie łaski ;-).
Nie przeglądałam już innych krzaczków, bo lepiej losu nie prowokować - co za dużo, to niezdrowo :-)))
Ciekawe, czy trzypłatkowy kwiatek tez przynosi szczęście ? Na wszelki wypadek uznaję, że TAK ! No, to mając takie dary od losu, mogę zasiąść spokojnie, kręcić młynka palcami i czekać, aż spłyną na mnie wszelkie łaski ;-).
Nie przeglądałam już innych krzaczków, bo lepiej losu nie prowokować - co za dużo, to niezdrowo :-)))
poniedziałek, 12 maja 2014
Dwa lata temu...
Dwa lata temu spotkałyśmy się we Wrocławiu - Kurka Domowa, Vinniczek, Ewa i Ewa z Kotem, Aga, Magdalena, Wanda i ja. Spędziłyśmy przemiły dzień. Nagadałyśmy się, naśmiałyśmy, nafotografowałyśmy różnych cudeniek w Ogrodzie Botanicznym. Były to ostatnie beztroskie i szczęśliwe chwile Kurki - Marioli. Po kilku dniach juz wiedziała, że jest poważnie chora i całe jej życie przewróciło się do góry nogami. Jej silna wola życia, wrodzony optymizm i zaprawa w braniu się z życiem za bary pewnie zwyciężyłyby każdą inną odmianę raczyska ale trafił jej się wyjątkowo zjadliwy...Nie dała mu rady.
Wspominam Ją, ilekroć patrzę na roślinki, które wtedy z nią kupiłam. Czasem wracam do jej bloga, podziwiam znów wspaniałe zdjęcia, czytam notki i ciągle ciężko mi na sercu.
Niedługo minie rok, odkąd jej z nami nie ma.
Wspominam Ją, ilekroć patrzę na roślinki, które wtedy z nią kupiłam. Czasem wracam do jej bloga, podziwiam znów wspaniałe zdjęcia, czytam notki i ciągle ciężko mi na sercu.
Niedługo minie rok, odkąd jej z nami nie ma.
wtorek, 6 maja 2014
Kwiatowo, kolorowo, wiosennie
Ocieplenie wygnało mnie z domowego zacisza i zmusiło do wzmożonych robót ziemnych, nie mam więc wiele czasu na blogowanie. Ale trochę wiosennych impresji muszę, po prostu muszę, zamieścić.
Na skalniaku wielkie ożywienie : smagliczka skalna, floksy szydlaste, wszędobylska kocimiętka, ozdobne truskawki-wędrowniczki i niestrudzony straznik tych skarbów - Mieszek.

Rozrasta się ozdobny, zielono-biały bluszczyk kurdybanek, który wraz z czerwonolistną dąbrówką tworzy ładny kobierzec.

Kończy kwitnienie mój jedyny różanecznik ( mam jeszcze miniaturowy - to jakas specjalna, w ogóle nie kwitnąca odmiana), na którego tak liczne kwiaty czekałam parę lat ( majowe przymrozki zawsze im szkodziły).
Ostatnie, mroźne noce nie wyrządziły wielkich szkód. Winorośle ucierpiały najbardziej, bardzo delikatna okazała się też biała funkia ( przeżyły tylko wewnętrzne listki, może jakoś się zregeneruje).
Na razie tyle wieści z ogrodu. Gdy tylko uporam sie z najpilniejszymi pracami, wrócę z radością i tu i na Wasze blogi.
Na skalniaku wielkie ożywienie : smagliczka skalna, floksy szydlaste, wszędobylska kocimiętka, ozdobne truskawki-wędrowniczki i niestrudzony straznik tych skarbów - Mieszek.

Rozrasta się ozdobny, zielono-biały bluszczyk kurdybanek, który wraz z czerwonolistną dąbrówką tworzy ładny kobierzec.

Kończy kwitnienie mój jedyny różanecznik ( mam jeszcze miniaturowy - to jakas specjalna, w ogóle nie kwitnąca odmiana), na którego tak liczne kwiaty czekałam parę lat ( majowe przymrozki zawsze im szkodziły).
Ostatnie, mroźne noce nie wyrządziły wielkich szkód. Winorośle ucierpiały najbardziej, bardzo delikatna okazała się też biała funkia ( przeżyły tylko wewnętrzne listki, może jakoś się zregeneruje).
Na razie tyle wieści z ogrodu. Gdy tylko uporam sie z najpilniejszymi pracami, wrócę z radością i tu i na Wasze blogi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















