Kwitnący tamaryszek poruszył we mnie dawno nie trącane struny i zebrało mi się na wspomnienia.
Miałam wielkie szczęście mieszkać w dużym mieście ale w enklawie zieleni i spokoju. Uwielbiałam swój dom rodzinny, w którym przyszłam na świat. Darowany mi był ohydny i bezduszny szpitalny pobyt. Moja mama usiłowała wydać mnie na świat, w czym pomagała jej akuszerka, a w pokoju obok tatuś z wujkiem lekarzem pili zdrowie położnicy i co jakiś czas wołali : no jak tam, już jest????). Jeszcze bardziej uwielbiałam ogród, który był moim prawdziwym rajem. Był dość duży, jak na warunki miejskie - ponad 1000 m.kw. Znakomitą większość stanowił brzozowy las ( drzewa miały ok. 100 lat), a przy domu było duża grządka z warzywami i kilka drobniejszych z kwiatami. Kochałam je, ale zajmowała się nimi mama. Ja z doskoku troszkę pieliłam ale w gruncie rzeczy buszowałam w truskawkach, poziomkach i pomidorach, które rosły sobie pod gołym niebem, na prawdziwym słońcu, nie miały zamiaru na nic chorować i były po prostu przepyszne. Troszkę wiedzy ogrodniczej musiało mi się gdzieś przesączyć, bo w kilka lat później...
Zdałam na naszą politechnikę i byłam z tego niesłychanie dumna, bo w zasadzie zdecydowałam się w ostatniej chwili przenieść na nią papiery z uniwersytetu. Dzielnie walczyłam o utrzymanie się na pierwszym roku ( strasznie dużo musiałam nadrobić z fizyki, która w moim liceum leżała plackiem poniżej poziomu podłogi) i pomógł mi w tym....tamaryszek. Tak, tak, wiem, że to idiotyczne. Ale rzecz wyglądała tak : nasza politechnika skupiona była w jednym miejscu - w przeciwieństwie do uniwerku, który rozrzucony był po całym mieście. Między poszczególnymi pawilonami było sporo zieleni, nawet basen był na naszym terenie. I na jednym z obszernych trawników rósł sobie zachwycający krzew. Rozpościerał na wszystkie strony przewieszające się gałęzie, pokryte delikatnymi, różowymi kwiatuszkami. Ten widok zaparł mi dech w piersiach. Nie widziałam nigdy wcześniej tak pięknego zjawiska, ale gdzieś z głębi szarych komórek od razu wypłynęła nazwa : tamaryszek. Pewnie musiałam widzieć w jakimś czasopiśmie albo w TV ( tak, w tych zamierzchłych czasach juz całkiem odważnie raczkowała). I ten widok spowodował dodatkową motywację : muszę, po prostu muszę, oglądać go co rok, a więc do roboty, droga Aniu i proszę mi tu zdawać kolejne kolokwia i egzaminy i da capo al fine. I tak się stało.
Czyż muszę dodawać, że tamaryszek zawsze rósł w moich kolejnych ogrodach ???

Ja też mam! Ja też mam!
OdpowiedzUsuńOczywiście nie taki piękny jak u Pani. Na razie to jedna gałązka posadzona w tym roku, ale już kwitnie nieśmiało. U mnie było na odwrót. Najpierw znalam nazwę (jestem fetyszystką słów, więc nie dziwne, że tamaryszek MUSIAŁ mi się spodobać:)), a potem zobaczyłam jak wygląda. A do tego jeszcze miododajny!
Ściskam serdecznie!
Tamaryszek, kurdybanek, streptokarpus :-))) - też lubię kolekcjonowac słowa. Tamaryszek jest nieco wrażliwy na mróz, posadziłaś go w zacisznym miejscu ? Uściski dla obu gospodyń !
UsuńBardzo romantyczna i piękna motywacja, już w młodości byłaś niezwykle wrażliwa na piękno natury.Myślę, że dzieciństwo i młodość spędzone w otoczeniu zieleni są nie do przecenienia.Ja urodziłam się i wychowałam w blokach bardzo dużego miasta i tęsknota za naturą przyszła dość późno ale za to owładnęła mną całkowicie i przeniosłam się na wieś.
OdpowiedzUsuńTamaryszki są cudowne ale bardzo wrażliwe na niskie temperatury i ja po wielu próbach zrezygnowałam.
Serdecznie pozdrawiam. Zuza
I na pewno nie żałowaś tej decyzji. Życie tak blisko natury jest nie do przecenienia, prawda ? U mnie przemarzał migdałek ( tez zrezygnowałam) ale tamaryszek ma sie dobrze. Może posadź go w jakimś zacisznym miejscu ? Wart jest tego ! Uściski !
UsuńNigdy nie żałowałam,wprost przeciwnie a poza tym pozostawiłam sobie w mieście zaplecze i bywam ale wracam "do siebie" jak najszybciej i z radością. Najbardziej cieszy mnie przestrzeń, przyroda i cisza a także brak ruchu pojazdów i tłumów ludzi.
UsuńMoże spróbuję jeszcze z tamaryszkiem bo klimat się ociepla. Pozdrawiam. Zuza
No i nie ma korków, a nawet jesli gdzieś jest kolejka, to króciutka. Nikt Cie napadnie przy bankomacie ani po wyjściu z banku :-). jednym słowem - same plusy dodatnie ;-)
UsuńA ja mniemałam, że to glicynia. Zawsze mi się podobała ale podobno żarłoczna bardzo, na duże ogrody. A tamaryszek nie bardzo żarłoczny Aniu?
OdpowiedzUsuńPiękna historia, cudna motywacja Pani inżynier :-)
Tamaryszek rosnie dobrze w każdej glebie. Jeśli ma zbyt dobrze, to mocno sie rozrasta ale można go ciąć, nawet bardzo zdecydowanie i on to lubi ( tak jak forsycja). Glicynia to taka fioletowa akacja. Rosrasta sie, owszem, ale kłopot z nią jest innego rodzaju. Te sprzedawane powszechnie kwitna po 10 latach !!!! Tylko szczepione dają szybko kwiaty. Serdeczne uściski !
UsuńAch , czyli takie urocze , wprost nieziemskie krzaki to tamaryszek ... Dziękuję za ten wpis . Zawsze się nimi zachwycałam i żyłam w niewiedzy co do nazwy :-)
OdpowiedzUsuńKwitnące tamaryszki to niesamowity widok ! Sa też tamaryszki kwiatnące wczesnym latem, ale zdecydowanie rzadsze. Tez taki mam ale rosnie nędznie. Nie wiem, czy to zasługa kreta, który kopie w tym miejscu czy samo miejsce mu sie nie podoba. A chciałam je miec obok siebie. Wiosennie upalne pozdrowienia, Aniu !
UsuńPiękna roślina, a jaka pożyteczna. :))) Motywacje bywają czasem zaskakujące, ale ważne, że dają efekty.:)))
OdpowiedzUsuńBuziaki
Hi, hi, na szczęście efekt był. Całuski !
UsuńCzłowiek się uczy całe życie. W późnej podstawówce przeczytałam romansidło dla nastolatek pt "Córka kapitana okrętu", autora nie pamiętam. I tam było o tamaryszkach. Całkiem sobie ten krzew inaczej wyobrażałam.
OdpowiedzUsuńMiłe wspomnienie.
Też czytałam !!!!!!! I bardzo lubiłam tę książkę - mnie napełniła tęsknotą za szerokim światem.
UsuńO tej porze, gdy zaczynały kwitnąć, wielokrotnie słyszałam pytanie od Byłego, gdy przechodziliśmy obok kwitnącej rośliny "tuja czy tamaryszek?" Nie był w stanie zapamiętać, albo przywiązać nazwy do właściwego krzewu.
OdpowiedzUsuńTo i u mnie wywołał wspomnienia :-)
Mój mąż znał tylko nazwę peonie. Przepytywany co jakis czas na okoliczność kwitnących bylin tylko tę jedna miał odpowiedź :-). Może oni tak juz mają ????
UsuńU mnie tamaryszek się nie uchowa. Zimy zbyt wietrzne i mroźne, a nie mam siły ogacać wszystkiego w ogrodzie... Też wywołuje masę wspomnień. Takich miłych i trochę romantycznych...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie
Asia
Szkoda, to taki piękny krzew. A forsycja nie przemarza ? U mnie czasem tak ja wymrozi, że w ogóle nie kwitnie. Serdecznie Was pozdrawiam !
UsuńOj Aniu, Anulko - uśmiejesz się - właśnie w sobotę kupiłam sobie tamaryszek. Zawsze o nim marzyłam, tylko muszę mądrze zaplanować w jakim miejscu go posadzić ? Może znajdziesz dla mnie radę ? Buziaczki.
OdpowiedzUsuńJolu, najlepsze miejsce to nieco osłonięte od wiatrów ( krzakami, jakimś płotkiem). Jest nieco wrażliwy na mrozy ale u mnie ma sie dobrze ( osłoniety drewnianym płotkiem od wschodnich wiatrów), u Ciebie będzie miała jak w raju :-). Uściski ! Co u Ciebie słychac ?
OdpowiedzUsuńAniu , Anulko ... oj działo się. Jak odsapnę - odezwę się na pewno i popiszę więcej - buziaczki.
OdpowiedzUsuń