środa, 24 marca 2021

Przygoda z topinamburem

Topinambur jest już teraz popularnym warzywem. Miałam go wiele lat temu w poprzednim ogrodzie ale jego walory smakowe nie zachwyciły mojej rodziny. Pozbyłam się go, co nie było takie łatwe, albowiem rozmnaża się niezwykle łatwo i kiełkuje nawet z najdrobniejszej bulwki. Teraz chciałam go znów mieć u siebie ze względu na alergię córki na wszelkie psiankowate - jako zastępnik ziemniaków. Dostałam bulwy od przyjaciółki. Posadziłam je w osłonach, bo przecież mam u siebie kilka rodzin nornic, którym na pewno by zasmakował. Osłony zrobiłam z przyciętych 5-litrowych baniaków po wodzie mineralnej (dobry patent, o którym dowiedziałam się kiedyś w "Roku w ogrodzie". Miał chronić przed tymi gryzoniami, które żerują tuż pod pod powierzchnią ziemi).  Naszykowałam 5 osłon, a resztki bulwek posadziłam bezpośrednio na grządce. No i rósł sobie. Osiągnął imponujące rozmiary (bo to duży chłopak) i w końcu przyszedł moment wykopków. Zaczęłam je od tych posadzonych bezpośrednio w gruncie. Wykopałam miseczkę ładnych bulwek i z radością ugotowałam. 



Smak mają bardzo delikatny ale od czegóż przyprawy i zrumieniona bułeczka? Dobre to było. Do czasu. Niestety, nasze żołądki nie potraktowały go łaskawie. Efekt był silniejszy niż po grochówce. Cóż, skoro dla nas był bezużyteczny, postanowiłam obdarzyć nim sąsiadów, bo przecież plon powinien być niemały. Energicznie wykopałam pierwszą osłonkę i stanęłam zdumiona. Otóż w gruncie nie było NIC. Wykopałam drugą osłonkę i to samo - czyli NIC. Trzecia, czwarta i piąta - to samo. Zdumiałam się. I to bardzo. Widocznie nornice pokochały topinambur, bo choć podobno  żerują tuż pod powierzchnią, tu jednak zanurkowały głębiej, by dostać się do tego smakołyku. Czemu nie zjadły bulwek łatwo dostępnych? Czyżby chciały mi uświadomić, że na nic moje wysiłki, bo i tak zjedzą każdą cebulkę, na którą mają ochotę ? Hmmm. W takim razie wszystkie kwiaty cebulowe, sadzone w koszyczkach, są w wielkim niebezpieczeństwie.  Z sentymentem wspominam poprzedni ogród, w którym nie było ani kretów ani innych gryzoni. Cóż, to se ne wrati.

Nie muszę dodawać, że era tego warzywa już się u nas skończyła. 

czwartek, 4 marca 2021

Czekając na wiosnę

Zima nie jest moją ulubioną porą roku. Ma co prawda jedną dużą zaletę - jest to czas odpoczynku, wielkich myśli o niczym, wygrzewania się przy piecu po przechadzkach w mroźnym powietrzu,  wieczorów z książką w otoczeniu mruczących kotów i śpiących psów ale... jednak czekam na wiosnę. Niecierpliwie czekam, bo już przecież marzec! Już mi tęskno do zginania krzyża przy pracach na grządkach, do widoku kiełkujących roślin, do wystawiania twarzy do słońca, do widoku maleńkich listków na gałęziach drzew i do tej energii wiosennej w powietrzu, którą czuje się każdą komórką ciała.

Wiosna rannikami się zaczyna, choć pierwsze pszczoły wolą ucztować na ciemierniku, który dzielnie przetrwał śnieg i mróz. 



Patrzę na te zimowe obrazki i myślę sobie : do zobaczenia w grudniu ( niech będzie taki biały i piękny).



























Powitam znów "moje" ptaszki : jera, kosa, grubodzioba, szpaka, który już kilka dni temu  przyleciał oraz liczne grono sikorek, mazurków, trznadli i dzwońców, dla których znów trzeba było uruchomić dodatkowy karmnik na ławce pod jabłonką.

I znów odkurzę narty, by zażyć nieco ruchu z dala od ciepłego pieca :-).

Tak, ale to za kilka miesięcy. Teraz już trzeba kupować nowe nasiona i szykować się do nowego sezonu.

Byle do wiosny !