Dziś rano wypuściłam suczki na świeży śnieżek i z przyzwyczajenia zerknęłam w przedpokojowe okno, czy moje ptaszki już jedzą i czy nie trzeba im ziarna dosypać. I zamarłam. Słoninkę jadło jakieś ogromne ptaszysko. Musiało być bardzo głodne, skoro psy go nie spłoszyły. Jeden skok po aparat i juz go miałam. Prawie…, bo właśnie w tym momencie Liska podbiegła do jabłonki, a tego biedak już nie zdzierżył. Zdjęcie zrobiłam ale bardzo słabe. pocieszałam się, że wróci, bo widziałam, że daleko nie odleciał – siedział na drzewie u sezonowych sąsiadów. I rzeczywiście – głód go przygnał ! Teraz mogłam zrobić lepsze zdjęcia i przyjrzeć mu się spokojnie. Pozował jak zawodowiec, nawet w pewnym momencie spojrzał mi prosto w oczy. Potem pokazał profil we wdzięcznej pozie i powrócił do konsumpcji.
Najpierw myślałam, że to orzeł (no, nie śmiejcie się, naprawdę był to wielki ptak, a orły u nas są). Żółta plamka między oczami dała mi do myślenia i z pomocą mojej wiernej książki zidentyfikowałam go jako myszołowa. Ciekawe, że ptaszki wcale się go nie bały.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz