poniedziałek, 12 stycznia 2015

Stołówka pod jabłonką

W tym roku stołówka pod jabłonką zaczęła działać dość późno, bo pod koniec grudnia. Wcześniej nie było potrzeby dokarmiania ptactwa, bo u nas śniegu praktycznie nie było, temperatura była wysoka ( nawet 10 st.) i ptaki doskonale sobie same radziły. Pierwszy śnieg i mróz ( niewielki, raptem - 3 do -5) spowodowały panikę wśród ptactwa. Co dwie godziny wysypywałam dwie miski ziaren, codziennie zmieniałam słoninę i w końcu sama wpadłam w panikę, że nie wystarczy mi zgromadzonej karmy. Na szczęście po świętach na targu kupiłam duuuuży zapas pszenicy i słonecznika, z trudem zdobyłam słoninę ( wszystkie sklepy albo zamknięte albo z resztkami towaru) ale juz ze spokojem mogłam witać Nowy Rok.
A gości w stołówce nie ubywało ! Od trzech lat przylatuje myszołów, dzięcioł jest codziennym gościem ( dziwię się nawet, że jeszcze nie dostał nerwicy, bo każdorazowe otwarcie drzwi powoduje panikę i odlot), pojawia sie tez mój osobisty bażant ( którego Trusia ma wielka ochotę złapać za ogon).
Teraz jest znów ciepło, ptaki mają mniejszy apetyt i wystarczają już dwie miski ziaren dziennie. Ciekawe, czy zima będzie nadal tak łaskawa, czy tez pokaże swoje groźne oblicze. Niedługo się przekonamy :-).
Myszołów potrafi tak przesiedzieć kilka godzin, by w końcu wybrać właściwy do konsumpcji moment.  







 A Mieszulek patrzy tęsknie na latające mięsko : daj sikorkę, daj sikorkę...

czwartek, 1 stycznia 2015

Już mamy 2015 rok

Kochani !
Zaczął się 2015 rok. Mamy nadzieję, że będzie wyjątkowy, że da nam to, na co czekamy, o czym marzymy, że wreszcie zrealizujemy nasze ciągle odkładane plany i zamierzenia. Mamy przed sobą 365 dni nowych dni. Niech każdy z nich zapisze się jak najlepiej w naszej pamięci.
Serdecznie Wam i sobie tego życzę !

środa, 24 grudnia 2014

Boże Narodzenie 2014

Wszystkim przyjaciołom i znajomym - tym realnym i tym wirtualnym - życzę spokojnych, pogodnych i rodzinnych Świąt !



sobota, 13 grudnia 2014

Chińska róża

Będąc bardzo młodą młodzieżą wysłuchałam kilku historii o zgubnym wpływie chińskiej róży na zdrowie i życie młodych, niewinnych dziewic. Pojęcia nie miałam, jak wygląda osławiona róża, dziwnym mi sie wydawał fakt, że jakikolwiek kwiat może działać tak destrukcyjnie na człowieka ale...to przecież dorośli tak twierdzili. Dowiadywałam się więc, że że z niewiadomych przyczyn owe dziewice słaby, bladły, nikły w oczach i ledwie miały siłę leżeć w haftowanej pościeli. I dopiero stanowcze rozprawienie się z wielkim krzakiem chińskiej róży, która ozdabiała panieńskie pokoiki, powodowało natychmiastowy powrót do zdrowia. Chichrałam się cichutko, uważając te opowieści za bajdurki. A tymczasem, będą już dojrzałą kobietą, usłyszałam taką opowieść z ust człowieka wykształconego, na dość wysokim stanowisku. Nie wierzyłam własny uszom, gdy opowiadał, jak to rodzina ze wsi wezwała go do ratowania młodej krewnej. Dziewczę ledwie dychało pod matczyna pierzyną,  lico miało alabastrowe i ani grama siły w wątłych rączętach. I nie było wiadomo dlaczego. Mój znajomy energicznie wkroczył do akcji i do pokoju ledwie żywej dziewicy i, zobaczywszy na parapecie okazały krzaczek chińskiej róży, teatralnie wyrzucił go przez okno. "To ona jest winna Twej słabości " zakrzyknął. Nie potrwało czasu mało wiele, a dziewica gromkim głosem zażądała obiadu i radośnie opuściła łoże boleści, by nigdy już do niego nie wrócić. No cóż....
Już wtedy wiedziałam , że chińska róża to hibiskus, a co więcej, miałam go w swoim domu. Nie odbierał nam snu ani sił, pięknie kwitł i radował nasze oczy. Co prawda w miarę upływu czasu  miał dziwną skłonność do rozrastania się kosztem kwitnienia. Powtarzało się to kilkakrotnie, bo kupowałam coraz to inne okazy - różowe, amarantowe, żółte. W końcu zrezygnowałam i wtedy przyjaciółka z lepianki obdarowała mnie kolejnym. I to dopiero jest okaz ! Mam go już mnóstwo lat ( co najmniej 15 !), a on wcale się nie rozrasta, za to kwitnie z zapałem prawie cały rok. Zimą trochę marnieje, wiosną jest bardzo lichy ale potem ciepło lata przywraca go do życia i znowu jest prześliczny. Ostatnią zimę przeżył wyjątkowo źle.  Nawet zastanawiałam sie, czy to już jego koniec. Gdy wynosiłam go do ogrodu ( zawsze tam spędzał lato), było to kilka żałosnych patyków. Nie miałam wiele do stracenia - obcięłam go radykalnie. Podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni. Z rezerwą podchodzę do tej życiowej mądrości, ale akurat w przypadku mojego hibiskusa sprawdziła się w stu procentach ! Wypuścił nowe pędy i znowu kwitnie jak szalony. Niezniszczalny !
Nie muszę chyba dodawać, że jestem zdrowa i ani myślę opadać z sił. Co prawda jeden warunek nie jest spełniony, więc może dlatego ??? No cóż, nikt nie jest doskonały :-))).




niedziela, 7 grudnia 2014

Roślinka domowa

Dwa lata temu odwiedziła mnie koleżanka z liceum i w darze przywiozła kilka sadzonek. Dostałam żyworódkę, geranium i coś fikuśnego, którego nazwy nie znała, choć miała go wiele lat i zdążyła obdarzyć nim wiele osób. Natychmiast zamieściłam na blogu zdjęcie tego cudaczka i nie zawiodłam się. Koleżanki blogowe od razu go rozszyfrowały - i jak tu nie kochać Internetu ???
Okazało się, że to Rhypsalis Cassutha ( hatiora), zwany też kaktusikiem koralowym. Chuchałam na niego i dmuchałam, chyba niepotrzebnie. Jest bardzo odporny, rośnie tak szybko, że muszę go przycinać i...zakwitł mi latem. Ślicznie wygląda i z kwiatkami i bez.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Grudniowo

Już zimne poranki i wieczory. Mamy na to tylko jedną radę - przespać chłody w dobrym towarzystwie i z utęsknieniem czekać wiosny.






poniedziałek, 24 listopada 2014

Wyjątek

Zazdrość. Zielonooki potwór, który drzemie w każdym z nas.
Nie zazdroszczę innym ludziom pięknych domów, złotych w nich klamek ani grających sedesów. Nie zazdroszczę wspaniałych samochodów, które same jeżdżą ani ogrodów, wylizanych do ostatniego listka przez armię ogrodników. Mój osobisty zielonooki budzi się na taki widok ( a mijam tę posesję przy każdym wyjeździe z domu) i potem długo się we mnie kołacze :-))). Ja też chcę taki bukiet !!!!!




























A to moja Annabell w najlepszej formie. Jednak "trochę" jej brakuje do tej piękności.



sobota, 15 listopada 2014

Listopadowe grzybobranie

Tegoroczna jesień rozpieszcza nas nadzwyczajnie. Chyba nawet polubię listopad - nie dość, że ciepły i słoneczny, to także grzybowy ! Wczoraj wyskoczyłam na łąkę za drogą i w 20 minut zebrałam sporo maślaków. Sąsiadka, namiętna grzybozbieraczka, która ma już dość robienia przetworów, obdarzyła mnie małym koszyczkiem gąsek i maślaków ( a ja jeszcze mam zapał - chętnych na grzyby nigdy u mnie nie brakuje). Zrobiłam dwa całkiem spore słoiczki i kolekcja marynat wygląda już całkiem nieźle.
Mój rekord czasowy w grzybobraniu to był drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Działo się to już dobrych kilkanaście lat temu, a zbieraliśmy podgrzybki - niezbyt młode ale zdrowe. Grudzień wtedy był tak ciepły, że róże okryłam dopiero na początku stycznia. Synoptycy zapowiadają łagodną zimę - może i grudzień będzie dla nas łaskawy ? Co prawda wolę, gdy wszystkie pory roku przebiegają normalnie, charakterystycznie dla siebie ale przecież trudno się oprzeć wizji śródziemnomorskiej zimy :-).


wtorek, 11 listopada 2014

Święto Niepodleglości

Święto Niepodległości - wspaniała rocznica odzyskania tożsamości państwowej po I wojnie światowej, po rozbiorach i niewoli. Zdawałoby się - sama radość. Niestety, znowu to święto jest okazją do burd, niepokojów, agresji i rozróby na dużą skalę. Warszawskich policjantów wspierają posiłki, ściągniete z całego kraju, a i tak nie mogą zapewnić radosnego i bezpiecznego świętowania. To jakaś paranoja !
Na wsiach tradycyjnie nie obchodzi się jakoś specjalnie świat państwowych. Wre codzienna praca, o wywieszaniu flagi nikt nawet nie pomyśli. W naszej części wsi wiszą dwie : jedna u sąsiada, który cały rok ją ma na domu ( wzorem państw skandynawskich ???) i druga u mnie. Jestem to winna mojemu mężowi, który wielką wagę przywiązywał do takich oznak patriotyzmu. Nie bacząc więc na grożące mi niebezpieczeństwo, ustawiam drabinę albo stołeczek na miękkiej ziemi na grządce i wyciągam się co sił, by flagę zawiesić.

























































I listopadowy ciemiernik, który poprawia mi humor po wysłuchaniu wszystkich dzisiejszych wiadomości z placu boju.


























Dziś było słonecznie i ciepło, więc pszczoły jeszcze korzystały z ostatnich kwiatów. Obsiadły tez późne chryzantemki i nieliczne już nagietki. Jeszcze trochę pożytku zaniosą do ula ( choc doprawdy nie wiem, gdzie te ule mają, bo u nas już nikt pszczół nie trzyma) i zwiększą szanse na przetrwanie zimy. One pewnie tez wzdychają : byle do wiosny !

wtorek, 4 listopada 2014

Trusia

I znowu mamy w domu równowagę psio-kocią 3 : 3. W sierpniu dołączyła do nas Trusia. Los Trusi był tragicznie typowy : komuś się znudziła, może czymś się naraziła, a może jechali na urlop ? Zapakowali psinę do auta i wyrzucili na skraju naszej wsi. Miała szczęście w nieszczęściu, że nie przywiązano jej drutem do drzewa na powolne konanie w mękach. To było rok temu. Dobrzy ludzie - rodzice Egretty, którzy właśnie do niej przyjechali - zaczęli ją dokarmiać i już po kilku dniach tam zamieszkała. Była tak zestresowana, że nie pozwalała do siebie podejść. Jadła tylko wtedy, gdy nikogo nie było w pobliżu. Powoli, powolutku zaczynała się oswajać. Już jesienią  (!) pozwoliła się pogłaskać ale tylko Egretcie i tylko na jej warunkach : żadnego głaskania po głowie ( bo może uderzyć),  raczej kładła się na grzebiecie i dawała brzuszek do pieszczot. Egretta szukała dla niej domu, nawet namówiła rodziców, by wzięli ją do siebie. No, niestety, nic nie dało się zrobić. Nie pozwoliła się złapać. Nie pozwoliła sobie pomóc. Pod nieobecność Egretty dokarmiali ją sąsiedzi, a na zimę miała naszykowaną ocieploną budę. Była powabną suczką i kawalerów jej nie zabrakło. Rezultat był łatwy do przewidzenia : urodziła dwa szczeniaczki - suczkę i psiaka. Jak strasznie nie ufała ludziom świadczy fakt, że poza płotem wykopała głęboką jamę i tam trzymała potomstwo. Całe szczęście, że zima była u nas łagodna. Dzieci chowały się zdrowo, a  Trusia była troskliwą matką. W lutym psiak zniknął, została mała suczka. Wtedy dopiero Trusia przeniosła swoje maleństwo do ogrodu i zamieszkały w budzie, a najlepszą kryjówkę miały w stosie desek na podwórku. Przemili sąsiedzi Egretty ciągle dokarmiali psiaki, ja tez dojeżdżałam tam co drugi dzień z dobrą puszeczką karmy i starałam się jakoś je oswoić. Trusia chętnie zjadała przysmaki ale małe wytrwale uciekało i nie dawało podejść do siebie.
W końcu wczesną wiosną Egretcie jakoś udało się szczeniaczka złapać i oddać ludziom, znalezionym przez internet ( chwała internetowi !!!). Z Trusią miałyśmy prawdziwy problem. Była już nami zaprzyjaźniona ale nie dawała się złapać, nie było mowy, by przekroczyła próg domu. Była dzikim zwierzątkiem, przyzwyczajonym do życia na swobodzie. Za wszelką cenę chciałyśmy ją wysterylizować, zbliżał się termin następnej cieczki i z rozpaczą myślałyśmy o możliwych konsekwencjach. W końcu, już w akcie desperacji, podawszy jej tzw. głupiego Jasia, Egretta zdołała jakoś ją złapać, zapakować do transporteka i zawieźć na zabieg. Po operacji Trusia miała być u mnie do czasu powrotu do zdrowia, a jeśli by się udało, to przynajmniej zostałaby na zimę. Martwiłam się, że takie niezależne stworzonko, po odzyskaniu pełni sił, będzie szukać jakiejś dziury, by uciec i znów prowadzić swój nieuporządkowany tryb życia. I znów powiedzenie : nie martw się na zapas ( bo będziesz martwic się dwa razy) okazało się prawdziwe. Gdy już rozwiały się opary narkozy i Trusia poznała nowy teren, wcale nie miała zamiaru uciekać ! Bez problemu spała w domu, wracała z podwórka na zawołanie i była cała szczęśliwa, że ktoś się nią opiekuje na stałe. Wielką rolę odegrały tu moje suczki. Są dla niej towarzystwem, wzorem do naśladowania i choć przyjęły ją raczej chłodno, to wyraźnie je lubi. Przed Julką czuje respekt, ale Liskę chce urobić sobie na towarzyszkę wygłupów i zabaw podwórkowych. Do mnie przylgnęła od razu, okazała się nadzwyczajną przylepką i przemiłym, wesołym psiakiem. Nie mogę się nadziwić przemianie, która w niej zaszła. Z dzikiego zwierzątka stała się normalną, domową psiną. Robi nam różne psikusy, choć przecież nie jest szczeniaczkiem . Wywleka na podwórko moje pantofle, skarpetki, gryzie kocyki ale nie mam jej tego za złe - najważniejsze, że jest szczęśliwa. I bardzo o mnie zazdrosna :-))). Wieczorkiem tak długo układa się na kanapce, aż blondyneczki przesuną się w stronę nóg, a ona rozgości się na memłonie , wycałuje mnie serdecznie i obwieści każdym ruchem : Aniu, kocham Cię !
Czyż muszę dodawać, że już ze mną zostanie ?