Bardzo chciałam mieć choć jeden krzew, ale w czasach słusznie minionych nie było go w handlu. W końcu dostałam dwie sadzonki od sąsiada, który przywiózł je ze wschodu. Na owoce czekałam dość długo, a w tym czasie rozmnażałam je już z myślą o przeniesieniu na wieś. Pierwsza dereniówka wprawiła nas w ekstazę. I od razu powiem, że niestrawność nam nie dokuczała, stosowaliśmy ją w zupełnie innym celu :-). Po roku czekaliśmy na następny surowiec nalewkowy ale owocowanie dereni jest niezwykle zawodne. Drzewka kwitną bardzo wcześnie i jeśli wiosna jest chłodna, pszczół niewiele, owoców prawie nie ma. No i nie doczekaliśmy się ich przez kilka lat, wspominając tylko niezwykly smak nalewki.
Na wsi moje sadzonki rosły bardzo słabo ( mam wyjątkowo uboga glebę), rok mijał za rokiem, w końcu zaczęły kwitnąć ale owoców nie było. I tak to trwało ok. 15 lat. Nie do wiary ! Przeczytałam, że na owoce trzeba czekać 8 do 10 lat ale żeby aż 15 !
Aż nastał rok obecny. Z czterech drzewek trzy uginały się od owoców, jedno widać odpoczywa, bo wydało tylko malutką ich garstkę.
Moja radość nie miała granic !
Nie robiłam galaretki ani marmolady. Nie przepadam za nimi.
Zrobiłam to, co lubię :-).



















































