Od dawna chciałam napisać nowy post ale w kraju działy się tak ważne i poruszające sprawy, że mój temat o kaniach wydał mi się bardzo mało znaczący, by nie powiedzieć - błahy. Emocje nieco opadły, rząd zastosował sprawdzoną wcześniej metodę przeczekania protestów, więc czekając na dalszy rozwój wypadków wracam do tematu grzybów.
Kanie rosną u nas od lat w wielkiej obfitości. Wszyscy tutaj jadamy je smażone jak schabowe, czasem w zupie w formie flaczków, często suszymy. Zbierając je, nigdy się nie zastanawiałam, czy na pewno są jadalne i jaki właściwie gatunek zbieram. Z góry zakładałam, że to czubajki kanie, zwane też sowami i gapami. Rzadziej spotykane nazwy to drop, parasolnik, czubak, czubaj, gularka czy stroszka cielista.
Różnice między między czubajką kanią a czubajką czerwieniejącą są dość wyraźne. Przede wszystkim barwa trzonu. Czubajka kania ma na nim brązowy zygzakowaty rysunek, a czerwieniejąca biały, gładki. Czubajka czerwieniejąca ma też inny rozkład plamek na kapeluszu, a co najłatwiej sprawdzić - to w miejscach uszkodzenia miąższu - czerwienieje. Wystarczy zarysować trzon paznokciem albo uszkodzić blaszki pod spodem i od razu widać zmianę barwy.
Dość często, na szczęście chyba nie w naszej okolicy, rosną kanie gwiaździste. Mają biały kapelusz z gwiaździstą plamą na samym czubku i są mniejsze od czubajek kani. Można je zrywać i jeść ale nie są tak smaczne jak czubajka kania.
Oprócz trujących odmian czubajek czerwieniejących, inną toksyczną czubajką jest sinoblaszek trujący, który zasadniczo w Polsce nie rośnie ale ostatnio pojawiły się pojedyncze doniesienia o jego występowaniu, więc należy mieć to na uwadze.
Właśnie zasuszyłam ostatnie egzemplarze czubajki kani, które posłużą np. do panierowania mielonych kotletów. Takie kotleciki są pyszne, polecam :-).







Pierwszy raz usłyszałam o kani gwiaździstej w październiku od moich znajomych ze Śląska, zdziwiłam się, bo dla mnie kania to kania:-) zbieram je na łąkach razem z czubajkami i myślałam, że są po prostu mizerniejsze, a teraz Ty Aniu potwierdzasz, że są takowe, zatem przyjmuję do wiadomości i będę używać tej nazwy; u nas kań już nie ma, są tylko rydze w lesie:-) cieszą oko Twoje zdjęcia, oczywiście oprócz tych ostatnich; pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńCiągle się czegoś uczymy, wzorem naszego prezydenta :-). Dla mnie też zawsze kania to była kania. Na szczęście nie trafiłyśmy na te niezjadliwe. Dodałam kilka szczegółów, zajrzyj wyżej jeszcze raz. Serdecznie pozdrawiam !
UsuńBardzo lubię kanie, nawet nie wiedziałam, że mają tyle nazw. U córki rosły te pyszna czubajki, na szczęście jej teściowa zna się na grzybach, ja bym się bała zbierać, żeby z innymi nie pomylić.
OdpowiedzUsuńMam cichą nadzieję, że ta zaraza sobie pójdzie i będziemy mogli posprzątać na ojczyźnianym podwórku.
Ja też uważałam, że znam się na grzybach, a tu niespodzianka...Z muchomorem jednak trudno je pomylić, ale na te inne rodzaje czubajek jednak trzeba uważać.
UsuńZaraza jeszcze trochę nas pomęczy ale w tym czasie trzeba naszykować sobie dobre miotły do tego sprzątania :-). Jakieś taczki też się przydadzą. Buziaki !
Piekna jesien u Ciebie - a kanie wygladaja bajkowo. Nie ma mowy bym kiedykolwiek zdecydowala sie na zbieranie grzybow - to jest sport extremalny. Nawet kanie moga byc trujace - jedyny grzyb, ktory jestem w stanie wypatrzyc;-) Poddaje sie i bede tylko podziwiac je na Twoim blogu. Pozdrowienia Muminkowo Listopadowe;-)
OdpowiedzUsuńChyba nie jest tak źle :-). Na pewno wypatrzysz też muchomora, a wiadomo, kto zbierał je namiętnie :-)). Pozdrawiam słonecznie, choć listopadowo !
UsuńO żesz, człek się uczy do starości, mniemałam, że wiem wszystko o kaniach. Ależ piękne Twoje zdjęcia Aniu.
OdpowiedzUsuńTak, ja też tak myślałam. I ciekawa jestem, czy kiedyś zjadłam tę czerwieniejącą. Podobno długo leży w żołądku ( mam strusi żołądek, więc mogłam nie zauważyć}. Bardzo mi miło, że podobają Ci się zdjęcia. Pozdrawiam !
Usuń