niedziela, 26 marca 2023

Wspomnienie lata - ciąg dalszy

 Wiosna znowu gra z nami w ciuciubabkę - raz zachęca nas ciepłem i słońcem do zrzucenia zimowych ciuchów i rozkoszowania się widokiem pierwszych kwiatów, a zaraz potem przywołuje nas do porządku ostrym chłodem i potokami lodowatego deszczu, dając do zrozumienia, że jeszcze trzeba na prawdziwą wiosenkę poczekać. No to cóż pozostaje - czekamy, chowając się w domach i wspominając letnie klimaty i wakacje.

A ja wracam do Van Gogha. W Jego muzeum wiszą te słynne Słoneczniki. W czasach PRL-u reprodukcje tego obrazu wisiały w większości mieszkań, w towarzystwie meblościanki Kowalskiego i ławy jamniczka. W moim rodzinnym domu były dość ciężkie, solidne, przedwojenne meble i zupełnie inne obrazy, w tym okrągły obraz w stylu starych mistrzów z martwą naturą z obowiązkowym kielichem o ozdobnej nóżce. 

Uwielbiałam go, choć jako dziecko nie miałam pojęcia o istnieniu siedemnastowiecznych, holenderskich  mistrzów. Była w nim jakaś tajemnica i to mnie pociągało. Akurat gdy zdawałam egzaminy na politechnikę, kułam nocami i dniami, moja rodzina wyprowadzała się z domu mojego szczęśliwego dzieciństwa do bloków. Dosłownie rano jechałam na egzamin z domu, a po jego zdaniu już wracałam do nowego mieszkania. Od razu zauważyłam brak ulubionej martwej natury. Jestem na ogół spokojną osobą ale wtedy nerwy mi puściły. Gromy posypały się na rodzinę , która tłumaczyła się, że obraz pękł podczas zdejmowania ze ściany i nowa właścicielka prosiła, by go jej zostawić. No i zostawili. A mnie został płacz i zgrzytanie zębów.

  O Słonecznikach Van Gogha juz wiedziałam i wydawało mi się, że to musi być płonący żółcią łan tych kwiatów. Jakież było moje rozczarowania, gdy u znajomych zobaczyłam obraz -  tylko bukiet tych cudownych kwiatów w wazonie. Do tej pory jakoś za nim nie przepadam.

Wolę Jego irysy, cesarskie korony i inne kwiaty. Ale to moje subiektywne zdanie.

Amsterdam zachwycił mnie swoją swobodną, radosną atmosferą, tłumami młodzieży z całego świata. Nie są to już hippisi, którzy kiedyś okupowali plac Dam i eksperymentowali z wszelkiego rodzaju używkami, aczkolwiek nadal powszechnie dostępne są niektóre z nich. Nawet miałam ochotę spróbować któregoś z nich ale odstręczył mnie niezbyt przyjemny ich zapach. Nigdy nie paliłam papierosów i myśl, że miałabym wciągnąć do płuc coś tak paskudnego, otrzeżwiła mnie szybciutko. Ja, wychowana co najwyżej na Winku Patykiem Pisanym ( to były niewinne czasy - królowało ono na prywatkach w liceum, a na studiach rarytasem był Riesling) nie miałam pojęcia, że to tak nieapetyczne świństwo. Nie ma to, jak żyć pod kamieniem :-).

Ale Amsterdam to przecież miasto kanałów i rowerów. W naszym hotelu stały sobie dwa pradawne, drewniane rowery. Nie próbowałam na ich jeżdzić ale zdjęcie z nimi mam, a jakże.

Dziś tylko tyle. O wizycie w Rijskmuzeum napiszę następnym razem.

Czekając na termiczną wiosnę, pozdrawiam Was serdecznie !

Taki kielich widniał na naszym obrazie martwej natury z owocami.










4 komentarze:

  1. Mąż mój będąc dzieckiem, przehandlował reprodukcję "Słoneczników" za wędkę chyba, do dziś ma to wypominane przez mamę:-) Aniu, mam takie odczucie, inne narody bardziej od nas na zachód są bardziej otwarte, radosne, spontaniczne, a my mamy wiecznie jakąś "uzdę na pysku", spętanie nakazami, zakazami, którymi karmieni jesteśmy od dzieciństwa.
    Nie poznałam używek tego typu, choć może czasami zadałoby się zakurzyć jakiegoś skręta, na odprężenie stresów, których świat nam nie żałuje:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja też uważam, że inne narody są radosniejsze. My jesteśmy narodem smutasów.
      Cóż, zmartwień nam nie brakuje ale to chyba nie jest jedyna przyczyna. Pocieszmy się, że w końcu nadejdzie prawdziwa wiosna i zajmiemy się ulubionymi czynnościami ogrodowymi. Serdecznie pozdrawiam !

      Usuń
  2. Świetnie opisujesz atmosferę Amsterdamu, nie byłam w nim ale tak właśnie wyobrażam to miasto. Duża, wielokulturowa aglomeracja a jednocześnie urokliwa, "przytulna" i przyjazna.
    Myślę, że świetnie się żyje w takim otoczeniu czyli uroda miasta i otwarci, tolerancyjni i uśmiechnięci ludzie.
    Jestem, podobnie jak Ty z tego pokolenia, które poprawiało sobie nastrój mało wykwintnym winem i nigdy nie próbowałam nawet trawki ale czasami myślę podobnie jak p.Maria, że może powinno się zdobyć i takie doświadczenie aby przez chwilę wyluzować w tym strasznie stresującym świecie.
    Słoneczniki oczywiście wisiały w moim rodzinnym domu i nawet je lubiłam. Teraz zdecydowanie wolę pejzaże i urokliwe uliczki Van Gogha. Namalował setki obrazów (podobno około tysiąca) w swoim krótkim życiu więc mamy ogromny wybór.
    Pogoda cały czas zmienna i wręcz zaskakująca, nie wiadomo czy siać, sadzić czy poczekać aż się ustabilizuje. Na nocne przymrozki reagują nawet duże już tulipany, które oklapły a przecież nie boją się chłodu.
    Miłych, ciepłych dni. Zuza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały czas z przyjemnością wspominam te krótkie wakacje. Chyba jutro napiszę następny post. Ciągle jest tak zimno, że nie ma mowy o pracach w ogrodzie, więc siądę do laptopa. Nocne mroziki powoli wykończą w końcu cesarskie korony i tulipany. Fatalny początek wegetacji. Chyba już niedługo odstresujemy się jednak nie za pomocą wiadomych preparatów ale ulubionych zajęć ogrodowych :-)))).
      Wszystkiego dobrego, Zuzo !

      Usuń