Wiosna skrada się do nas wolno i cichutko.
Wykorzystujemy ten czas, by powitać tę prawdziwą WIOSNĘ, ciepłą i radosną, czyściutkimi grządkami, wygrabionym trawnikiem, błyszczącymi szybami okien i świątecznymi dekoracjami.
A w ogródku się dzieje.
Kwitnie dereń jadalny i kolejny raz oczekuję, że obsypie się owocami, dającymi nadzieję na najpyszniejszą w świecie nalewkę. Tą nadzieją żyję już mniej więcej 10 lat. Na piaskach Siedliska derenie słabo rosną, kwitną baaaardzo oszczędnie i zawiązują tylko po kilka owoców. Krzewy są JUŻ mojej wysokości ( a raczej nie należę do tych, które mogą grać w NBA). W poprzednim ogrodzie, po tylu latach, miałyby wysokość dorodnej leszczyny, ale co tam ! Przecież w końcu doczekam się, jako że długość życia w naszym ukochanym kraju stale się wydłuża.
Dzięcioł często nawiedzał moją ulubioną lipę. Troszkę się martwiłam, bo wizyty dzięcioła na ogół oznaczają początek końca drzewa ale okazało się, że zrobił sobie tam kuźnię ! Gdyby nie notka Dominiki o takiej kuźni w jej ogrodzie, pewnie nie zwróciłam uwagi na kilka szyszek, leżących za bramą.
Ale się ucieszyłam ! I rzeczywiście, na tym niezbyt dobrym zdjęciu widać, jak sobie wyjada nasionka.
Na łąkach tez ruch. Osobisty bażant wyprowadził swój haremik na wypas.
Przy okazji zagadka : ile kurek liczy jego haremik ? Wytężcie wzrok !
A w domowych pieleszach chwilowe zawieszenie broni. Ranki są tak chłodne, że wymuszają zgodne cieszenie się ciepłym piecem.
Szkoda, że nie ma tam więcej miejsca, bo chętnie przytuliłabym się do nich w oczekiwaniu na poranki z dwucyfrową temperaturą.
piątek, 30 marca 2012
wtorek, 20 marca 2012
Wiosennie
Siedlisko szykuje się na powitanie wiosny. W powietrzu nieustający ptasi świergot; drobnych ptaszków jest naprawdę dużo i ciepło polecam się tym, którzy płaczą nad zanikaniem wróbli i mazurków – u mnie mogą się napawać ich widokiem do woli. Słychać też chichot dzięcioła zielonego i przeciągłe, tęskne wołanie jego czarnego krewniaka. Żurawi klangor towarzyszy nam od świtu do nocy, żałuję tylko, że nie widziałam ( i nie słyszałam) przelotów gęsi i kaczek.
Trzy prawie letnie dni spowodowały, że zrzuciłam ciepłe ciuszki, w które spowita byłam przez ostatnie dwa miesiące i rzuciłam się do robienia wiosennych porządków w ogrodzie. Szorowałam ogrodowe meble, usuwałam suche badyle i zeschłe liście z grządek, nadwyrężając potężnie swoje kręgi ale co tam ! Wiosna, wiosna, cieplejszy wieje wiatr i od razu ubyło nam 100 lat !
Julce też ubyło. Na spacerach zachowuje się jak młody szczeniak, nie daruje żadnej kępce trawy, żadnej dziurze.
Krokusom mróz dał się mocno we znaki, bardzo zmarniały i nie wiem, kiedy zakwitną ale przebiśniegi są niezawodne.
Dziś idziemy puścić Marzannę na wzburzone wody naszej rzeczki DD. Niech płynie wraz z zimą do morza !
Marzanna jest ciut nietypowa :DD Dziś, pieszcząc się z Bolkiem na ogrodowej ławce, widziałam pierwszego bociana ! To zapewne zwiadowca – sprawdza, czy w gnieździe wszystko w porządku i czy można zaprosić samiczkę. Proszę Państwa ! To już naprawdę wiosna !!!!!
Julce też ubyło. Na spacerach zachowuje się jak młody szczeniak, nie daruje żadnej kępce trawy, żadnej dziurze.
Krokusom mróz dał się mocno we znaki, bardzo zmarniały i nie wiem, kiedy zakwitną ale przebiśniegi są niezawodne.
Dziś idziemy puścić Marzannę na wzburzone wody naszej rzeczki DD. Niech płynie wraz z zimą do morza !
Marzanna jest ciut nietypowa :DD Dziś, pieszcząc się z Bolkiem na ogrodowej ławce, widziałam pierwszego bociana ! To zapewne zwiadowca – sprawdza, czy w gnieździe wszystko w porządku i czy można zaprosić samiczkę. Proszę Państwa ! To już naprawdę wiosna !!!!!
poniedziałek, 12 marca 2012
Wiosna zwleka
Już nie możemy doczekać się wiosny, prawdziwego ciepła i słońca. W Siedlisku szaroburo, deszczyk tylko udaje, że pada, słońce za chmurami. Wiośnie na zachętę zmieniłam już blogową szatę, a na spacerach sprawdzałam, czy przypadkiem nie ma jej nad naszym jeziorem.
No, niestety. Toń jeziora zamarznięta, wszędzie cisza aż dzwoni, trzeba jeszcze długo czekać, by na takiej kępie sitowia usadowiły się mewy lub kaczki i rozpoczęły wesołe ( ale baaaardzo głośne) kłótnie o najlepsze miejsca lęgowe. Pewną nadzieję dają rozwijające się bazie.
Wieczorami przeglądam sobie stare numery „Działkowca”, „Ogrodów”, „Werandy Country” , zanurzam się w kolorach i kształtach kwiatów i wspominam swoje ślicznotki i ciaciojki. Teraz „padło” na śniedki.
Najpopularniejszy – śniedek baldaszkowaty, zwany śpioszkiem.
Mój ulubiony – śniedek zwisły.
Zeszłoroczne zaskoczenie – przypadkowo zamieszany wśród galtonii – śniedek arabski.
I najnowszy nabytek – śniedek Ornithogalum dubium. Nie wiem, czy może zimować w gruncie, na wszelki wypadek będę go wykopywać, bo juz kilka razy straciłam w ten sposób śniedka wiechowatego.
Teraz pozostaje już tylko czekac na kwiecień, by zobaczyć je w naturze :DDD.
No, niestety. Toń jeziora zamarznięta, wszędzie cisza aż dzwoni, trzeba jeszcze długo czekać, by na takiej kępie sitowia usadowiły się mewy lub kaczki i rozpoczęły wesołe ( ale baaaardzo głośne) kłótnie o najlepsze miejsca lęgowe. Pewną nadzieję dają rozwijające się bazie.
Wieczorami przeglądam sobie stare numery „Działkowca”, „Ogrodów”, „Werandy Country” , zanurzam się w kolorach i kształtach kwiatów i wspominam swoje ślicznotki i ciaciojki. Teraz „padło” na śniedki.
Najpopularniejszy – śniedek baldaszkowaty, zwany śpioszkiem.
Mój ulubiony – śniedek zwisły.
Zeszłoroczne zaskoczenie – przypadkowo zamieszany wśród galtonii – śniedek arabski.
I najnowszy nabytek – śniedek Ornithogalum dubium. Nie wiem, czy może zimować w gruncie, na wszelki wypadek będę go wykopywać, bo juz kilka razy straciłam w ten sposób śniedka wiechowatego.
Teraz pozostaje już tylko czekac na kwiecień, by zobaczyć je w naturze :DDD.
środa, 7 marca 2012
Starocie (6)
Z wielką przyjemnością pokazywałam swoje ulubione starocie. Przeważnie zawdzięczałam je babci, mamie i ciociom męża. A dlaczego nie swoim przodkom ?
A dlatego, że w ich unormowane życie (jak i w życie prawie wszystkich Polaków) wkroczyła Historia przez duże H i wywróciła je do góry nogami.
Dziadek zajmował kierownicze stanowisko w drukarni akcydensowej w moim rodzinnym mieście. Gdy wkroczyli do niego okupanci, zaproponowali mu prowadzenie całej drukarni. Odmówił zdecydowanie, bo nie chciał pracować dla Niemców. Kara przyszła szybko – Niemiec zajął ich piękne mieszkanie w centrum miasta, a cała rodzina dostała godzinę na zabranie dobytku (po jednej walizce na głowę) i została wywieziona do Krakowa pierwszym transportem jeszcze we wrześniu 39 r.
W Krakowie spędzili całą okupację. Dobrzy ludzie dali im dach nad głową, córki pracowały za marne grosze, by rodzina miała co do garnka włożyć, a Dziadek wolał przymierać głodem niż pracować dla wroga.
Cudem zachowała się drobna część babcinej zastawy ślubnej (przechowała ją sąsiadka).
Ten serwis zawsze mi się podobał, odkąd tylko go pamiętam. To nieco dziwne, bo dzieci lubią bardziej ozdobne przedmioty, a kicz po prostu uwielbiają (pamiętam swą cichą rozpacz, gdy moja koleżanka wygrała na jakimś kiermaszu przepysznie zdobionego, gipsowego psa i niosła go triumfalnie do domu, a mnie pozwalała łaskawie zaledwie go potrzymać :)) ). Serwis pochodził z Ćmielowa, a te maki, choć bardzo skromne, są po prostu piękne.
Nie pamiętam, byśmy używali wazy (jest niewielka), natomiast w wielkim talerzu zawsze na Święta pysznił się karp w galarecie.
I jeszcze jedną staroć wycyganiłam od mamy – ten największy moździerz, którego używam bardzo często. Tłukę w nim przyprawy m.in. do znakomitych śledzi korzennych wg przepisu Zofii Nasierowskiej. Te inne moździerze pochodzą od teściowej i z pchlego targu. Najstarsze nie miały uszek – taki mam tylko jeden.
sobota, 3 marca 2012
W poszukiwaniu wiosny
Siedliskowy detektyw szuka pierwszych oznak wiosny. Pod południową ścianą
wykrył …pierwszy nabrzmiały pączek przebiśniegu.
Potem zauważył młodą, tegoroczną owieczkę. Czy jedna owieczka czyni wiosnę ?
A całe stadko ???
Potem zauważył młodą, tegoroczną owieczkę. Czy jedna owieczka czyni wiosnę ?
A całe stadko ???
niedziela, 26 lutego 2012
Co słychać w Kosmosie ?
Hmmmm, na dworze słychać jak wiatr duje jakby co najmniej trzy diabły się powiesiły.
Ale, uwaga, uwaga, słychać tez żurawi klangor !!!!!! Wczoraj usłyszałam go po raz pierwszy, dziś o świcie znów krzyczały. A więc wiosna już za płotem ,co za tym idzie – ciepełko, co w tym roku cieszy mnie podwójnie. A dlaczego ? A dlatego, że dwutygodniowe, lute (!) mrozy bez grama okrywy śnieżnej spowodowały zamarznięcie szamba. Co to znaczy dobrze wiedzą mieszkańcy wsi. W pierwszej komorze lód miał 40 cm grubości. Drżałam, że zamarznie przelew do następnej komory, drena zapełni się i czeka nas „cofka”.
Na początku miesiąca w Siedlisku pojawiła się niestrudzona podróżniczka – akurat w najgorszym pogodowo i szambowo czasie. Rade nierade myłyśmy się w misce, zmywałyśmy w misce, kuwety czyściłyśmy jak najoszczędniej zużywając wodę no i wszystko lądowało gdzieś tam na podwórku. Nie mogłyśmy korzystać z filtru osmotyczego, więc kupowałysmy dziesiątkami wodę w 5-l baniakach – do celów spożywczych. Na szczęście rury z wodą nam nie zamarzły. Jedynym luksusem w tych warunkach było korzystanie z toalety [mam co prawda domek z serduszkiem za stodołą ale bieganie tam w 20-st. mrozy byłoby trochę uciążliwe ;))]. O praniu nie było mowy. Nasze czyste ciuszki zużywały się w szybkim tempie i w momencie, kiedy groziło nam użycie strojów wieczorowych jako ostatnich czystych, przyszła odwilż a z nią niezastąpiony nasz pomocnik i wybawca z różnych opresji – pan Adam. Sprawnie udrożnił szambo i teraz słychać kolejne cudne dźwięki – szum wody w prysznicu i pracę pralki. Nie wiedziałam, że tak będę lubiła te domowe odgłosy ;)).
Poza tym w Siedlisku mamy od miesiąca nową mieszkankę. Przybłąkała się kotka. Trzy dni płakała na tarasie, by wpuścić ją do domu i w obliczu nadchodzących mrozów uległam i mam…czwartego kota. Kotka jest domowa, ktoś po prostu ja wyrzucił (może z auta?) na naszej wsi.
Jest już tydzień po sterylizacji.
I tu chciałam zamieścić mały apel:
STERYLIZUJCIE SWOJE ZWIERZĘTA !
Niech nie będzie tak dużo wyrzucanych, niechcianych, bezdomnych zwierząt ! Sterylizacja nie robi im żadnej krzywdy, bardziej przeżywają ją właściciele niż pupile. Koty trzymają się bliżej domu i nie płodzą następnych nieszczęśników, a kotki nie przeżywają miłosnych mąk wiele razy w roku no i nie rodzą potomstwa, z którym naprawdę nie wiadomo co robić, bo chętnych zawsze jest mało albo wcale.
To nasza Dusia w stosownym stroiku, by nie rozdrapała sobie ranki.
poniedziałek, 20 lutego 2012
Starocie (5) – wagi
Tę stojącą wagę wyszperaliśmy na naszym ulubionym „Górniaku”. Była tak jednolicie brudna, że jej intensywny brąz wzięłam za właściwy kolor. Dopiero podczas mycia okazało się, że tarcza jest kolorowa i na dole widać coś w rodzaju krajobrazu. Nie miała szalki i nie udało nam się jej nigdzie dokupić. Za to powoli gromadziliśmy odważniki – tzw. funty. I świetnie wylądają i są bardzo wygodne w użyciu, bo waga (a to niespodzianka !) nawet nieźle waży.
Ta szalkowa waga pochodzi ze sklepiku babci męża. Babcia była niesamowicie dzielną osobą. Jej mąż został powołany do carskiego wojska ( byliśmy w ruskim zaborze) i potem spędził wiele lat w niewoli. Babcia została z czwórką drobnych dzieci i sklepikiem na głowie. Podołała wszelkim wyzwaniom, wychowała dzieci, sklepik prowadziła wzorowo i, prawdę mówiąc, to ona w tym małżeństwie nosiła spodnie. Babcię zdążyłam poznać, dziadek już niestety nie żył.
piątek, 17 lutego 2012
Międzynarodowy Dzień Kota
Bolek serdecznie pozdrawia wszystkich pobratymców i życzy im wielu powodów do mruczenia, zawsze pełnej miski, ciepłego domu i troskliwych państwa.
środa, 15 lutego 2012
Starocie (4)
Ten czajnik ma swoją historię.
Była okupacja. W moim rodzinnym mieście, jak w wielu innych, utworzono getto. Wielu mieszkańców mojego miasta było Żydami, getto szybko się zapełniało. Niewiele rzeczy można było ze sobą zabrać. Babcia mojego męża dostała ten czajnik od starszej Żydówki. „Woda z niego wspaniale smakuje, niech go pani używa, a może kiedyś go odbiorę” – powiedziała.
Nigdy nie wróciła.
Nie wiem, czy babcia go używała. Dostałam go po jej śmierci od teściowej.
Poniklowalismy go, bo był dość mocno zniszczony, a pan galwanizator zakazał stawiać go na gazie.
Teraz mam piec z płytą, więc mogłabym go używać ale jakoś nie mogę.
Stoi sobie na szafce i pięknie wygląda.
niedziela, 12 lutego 2012
Starocie (3)
Bardzo lubię wszystkie swoje starocie ale do tych dwóch egzemplarzy mam szczególny stosunek.
Kryształowy wazon był ulubionym babci męża, a półmisek z Miśni dostałam po zmarłej cioci – w pakiecie z Mieszkiem.
Kryształy lubię nieszczególnie – jak chyba większość mojego pokolenia. Straszyły nas z każdego kąta w każdym odwiedzanym domu, pyszniły się na kredensach i komódkach, a już szczególnie nie lubiłam koszyczków, wypełnionych jakimiś koszmarnymi cukierkami, którym częstowano nas – dzieci – i od których nie wypadało się wykręcić.
Ten wazon jest w rodzinie od 150 lat, co już mnie cieszy, a poza tym naprawdę mi się podoba. Ma taki misterny szlif.
Lubię na niego patrzeć. W zależności od fantazji trzymam w nim suszone bukiety lub jakieś dobre czekoladki dla miłych gości. Najczęściej jednak jest pusty i po prostu ozdabia mój kredens.
Jako dziecko czytałam o wynalezieniu porcelany i bardzo poruszała mnie historia uwięzionych na zamku i pracujących w pocie czoła alchemików, którzy mieli za zadanie zamieniać wszelkie metale w złoto, a przypadkiem w złoto zamienili zwykłą glinę. Półmisek nie jest może wiekowy ale bardzo wdzięczny.
Lubię trzymać w nim owoce, a czasem nawet coś większego ;))
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























